Często zdarza się, że wyczekujemy jakiejś pozycji odliczając każdy dzień przybliżający nas do jej premiery. Śledzimy trailery, gameplaye i zapowiedzi utwierdzając się w przekonaniu, że niebawem zagramy w wyjątkową grę. I faktycznie tak by było, gdyby nie fakt, że...
...gracze potrafią jednak sami zepsuć sobie przyjemność z obcowania z wymarzonym tytułem. Przyglądając się tematowi dokładniej można nawet stworzyć małą tabliczkę z naszymi pięcioma „grzechami głównymi” psującymi cały fun płynący z grania. Oto i one:

Niestety z programistami tak już jest, że lubią umieszczać w swych produktach tony niepotrzebnych pierdółek do zebrania, masę powtarzalnych zadań i brzydkie poziomy trudności. Kto się potem musi z nimi mierzyć? Gamescore’owi maniacy i redaktorzy chcący przygotować opis danego tytułu. Najczęściej poprzez chęć wymaksowania czegoś, totalnie się do tego zrażamy, zamieniając czas który był zabawą na czas obowiązków. Pierwszym złym symptomem jest zaglądanie do listy trophies/achievementów jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywki. Odnajdywanie niektórych sekretów potrafi doprowadzić do szału (w tym momencie wysyłam kudosy do tych, którym chciało się szykować dokładne mapki do piórek z Assassin’s Creed – na pewno nie mogą już patrzeć na Altaira i Ezia).
Wujek radzi: nie odkrywaj nieodkrytego – zrobią to inni i napiszą o tym w sieci.
Tryb multiplayer to wielka, wielka zaleta... tak długo jak długo natrafiamy w nim na kogoś o podobnym do naszego poziomie zaawansowania. Gdy dzieje się inaczej, zaczyna się frustracja... w trybie co-op jeden gracz ciągnie drugiego w dół, a w bezpośrednich pojedynkach trudno się cieszyć z łatwych zwycięstw/akceptować ciągłe porażki. Problem wysuwa się na pierwszy plan zwłaszcza w przypadku fighterów – tu nie mając odpowiednich kompanów do zabawy bardzo szybko ma się wrażenie wyrzucenia pieniędzy w błoto.
Wujek radzi: bądź rozważny. Kto jest za dobry nie ma kolegów, kto jest fajtłapą ma, ale się z niego śmieją.
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie bawił się świetnie przy jakiejś grze, po czym zrobił sobie dwa dni przerwy (cóż, życie goni) i nigdy już do niej nie wrócił. Niestety te „dwa dni” często zmieniają się w tydzień, miesiąc, kwartał i (finalnie) w stracenie chęci do ponownego odpalenia niegdyś męczonej pozycji. Jest to plaga zwłaszcza wśród RPGów. Ciężko w nich ponownie wczuć się w historię bez jakiegoś wprowadzenia, a na samą myśl o zaczynaniu wszystkiego od nowa człowiekowi zbiera się na migrenę. Rezultat jest taki, że kolejna nieskończona pozycja kurzy się nam na półce.
Wujek radzi: jedz magnez, pomaga na pamięć.
W najgorętszych okresach dla branży łatwo jest kupić kilka wielkich hitów, szkoda, że nie tak łatwo je wszystkie skończyć i się tym cieszyć. Grając w jedną grę kątem oka widzimy kolejne, budzące to wyjątkowe poczucie winy. W ten sposób zwykle rozbebesza się wszystkie po trochu i ani jednej do końca. A przecież dni uciekają i zaraz nadejdą kolejne premiery... Bez odpowiedniego zaplanowania zakupów i swego wolnego czasu takie przeżycie „obfitości” zmienia się w największy koszmar gracza rozchwianego chęcią odpalenia wszystkiego naraz.
Wujek radzi: pamiętaj, że ewolucja wyposażyła nas tylko w dwie ręce.
Punkt ten łączy się niejako z poprzednim. Bez odpowiedniego zaplecza czasowego i spokoju nie ma nawet co zasiadać do pada. Dialogi zaczynają być nieznośnie długie, tutoriale wkurzające, akcja powolna, a sterowanie zbyt niedokładne. Nawet pomimo coraz większej casualizacji rynku, gry (na cale szczęście) wciąż wymagają od nas uwagi i zagłębiania się w ich świat. W 20 minut dziennie, między młotem a kowadłem, się tego nie osiągnie.
Wujek radzi: pamiętaj, że chillout to dar boży. Zapisz to sobie.

W ten optymistyczny sposób kończę i ruszam do konsoli, życząc braku powyższych problemów. Pamiętajcie - rady wujka są bezcenne.
~ Cascad, GnM Crew